Archiwum 07 listopada 2004


lis 07 2004 Bańka mydlana.
Komentarze: 6

... dziś niedziela. Nie mam na nic ochoty, zniechęcenie i tęsknota ogarnęły mnie. Normalnie staram się nie skarżyć, nie użalać, nie myśleć o tym. Wystarczy, że przyjdzie taki dzień, jak dziś i zaczynam się podle czuć. Niedziela to taki dzień, kiedy jest inaczej. Cieplej i rodzinniej. Można posiedzieć razem, pogapić się w telewizor, porozmawiać, zjeść razem obiad, pobyć razem bo w tygodniu każdy biega za swoimi sprawami. Dziś czuję się taka sama, tak bardzo sama. Obcy ludzie w mojej kuchni, z każdego pokoju inna muzyka, wszyscy pozamykani w swoich czterech ścianach. A ja tęsknię za zapachem omowego obiadu, za rozmową, za zamyślonym nad kolejnym wykładem Tatą, za Bratem grającym na komputerze i Mamą krzątającą się po kuchni. Dzieli mnie od tego kilkaset kilometrów...

Pomyślałam, ze może zrobię sobie jakiś inny od jogurtów i kanapek, obiad. Kupiłam jajka, pieczarki, ser żółty – wydawało mi się, że omlet z pieczarkami i serem poprawi mi humor. Nie udało się. Na zajęciach ze stylów architektonicznych nie mogłam się skupić mimo, że wykładowca bardzo ciekawie mówił. Ryczeć mi się chciało zanim jeszcze weszłam do sali, nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Chciałam być tylko ze swoimi myślami. Chciałam mieć taką jak wczoraj świadomość, że wrócę do domu, minie kilka godzin i przyjdzie Esio z zajęć. Zjemy kolację, porozmawiamy, obejrzymy film, może wyjdziemy do miasta. Ale dziś popołudnie i wieczór spędzę sama ze sobą bo Mój Mężczyzna do domu pojechał.

... zadzwonił w piątek, kiedy byłam na zajęciach. Nie mogłam odebrać bo akurat przemawiała dziekanka i rozdawała indeksy. Jak tylko wyszłam z Instytutu przełożyłam telefon do kieszeni kurtki żeby słyszeć dzwonek w razie czego. Niestety, tramwaj jechał tak głośno, że zanim dotarły do mnie dźwięki „Deszczowej piosenki” połączenie się skończyło. Tym razem się wkurzyłam i trzymałam telefon w ręku. W końcu poczułam delikatne wibrowanie odetchnęłam.

Zapytał czy przyjechać. Byłam zaskoczona bo umawialiśmy się dopiero na sobotę, odpowiedziałam, ze nie mam żadnych planów i jak ma ochotę to niech przyjeżdża. Jakieś trzy godziny później powiedział, że jak nie będę chciała żeby przyjeżdżał to mam mu to powiedzieć bo co z tego, że on chce jak ja nie będę miała ochoty go widzieć na przykład. Dojechałam do domu przed nim, nawet przez chwilę miałam wrażenie, że widziałam znajomy samochód i spotkamy się pod bramą. Ale się przywidziałam. Robiłam pranie kiedy zadzwonił domofon. Wkroczył Esio z plecakiem (???!!!), przepraszał, że tak długo, ale autobusy nie chciały się skomunikować i w końcu kawałek na nogach szedł. Zapytałam co go tak nagle naszło żeby przyjechać, a on że w domu się nudził i pomyślał, że wpadnie. To ja spod oka na niego patrzę i z przekąsem pytam, że jak to, że jak miał się nudzić to pomyślał, że lepiej przyjechać dla rozrywki. A Esio mówi: „kochanie, nudziłem się w domu to pomyślałem, że do mojego skarba pojadę. I cieszę się, że mogę zobaczyć moje złoto kochane.”. A potem było mi dobrze. Tak domowo i bezpiecznie. Jak zawsze, kiedy on jest blisko, kiedy wiem, że nic złego się nie może stać. Poszliśmy do Żabki bo Esiowi zachciało się brzoskwiniowego jogurtu albo maślanki, a ja miałam tylko z owocami leśnymi. Przy okazji kupił czekoladę i chipsy (dla mnie). Esio płacił, a ja czekałam na dworze. Wyszedł ze sklepu i dał mi snickersa. To ja się pytam czy to „free sample” bo nie widziałam żeby je wrzucał do koszyka. On tylko się na mnie popatrzył i z tym swoim wyrazem twarzy, który mnie okropnie bawi mówi „tak, ja ci dam free. Złoty trzydzieści jeden...”.

Przegrałam w statki (czyli, że chyba jednak faceci są lepszymi strategami) i poszliśmy spać. Wczoraj rano nie poszedł na jedne zajęcia bo wolał dłużej poleżeć. Skończyło się tak, że pojechaliśmy razem – on na zajęcia, ja na kurs. Wieczorem to on miał zrobić kolację, a potem mieliśmy obejrzeć jakiś lekki film. I nie ukrywam, że w końcu miałam zamiar się przełamać i sprowokować rozmowę. I powiedzieć. Ale nic takiego nie mogło zaistnieć bo, owszem, mąż zrobił pyszne grzanki na kolację. Jego zakupy na tą okoliczność sprowadziły się do sera żółtego, parówek i trzech piw. A jak grzanki były w piekarniku to dowiedziałam się, że nie spędzimy w domu tego wieczoru tylko wychodzimy do miasta bo brat znajomej robi imprezę w jednym z klubów. Zjedliśmy, kto miał piwo wypić, ten wypił i poszliśmy.

... Esio był wczoraj w bardzo dobrym humorze. Miał ochotę tańczyć, śmiał się, dawno go takiego nie widziałam. Najgorsze, że ze mną było przeciwnie. Jakby jego zachowanie mnie w jakiś sposób drażniło, jakbym nie mogła być sobą. Esio starał się jak mógł, ale nie udało mu się poprawić mi nastroju. Nie wiem co mi się stało, czasem sama siebie nie poznaję. Jakbym specjalnie chciała sprowokować sprzeczkę, ale bezskutecznie. Esio się nie daje, już kiedyś powiedział, że on się ze mną kłócić nie będzie. A może to ten kryzys potrzymiesięczny??? W klubie mi trochę przeszło. Oczywiście nadal jeszcze się byczyłam, udawałam foszka, ale jak w pewnym momencie przytuliłam się do Esia to mogłabym już się niego nie odczepiać, tak mi dobrze było. I nie przeszkadzało mi nawet to, że dostałam uczulenia od piwa. Oj bo ja czasem wysypki jak piwo wypiję, szczególnie jeśli bez soku jest. I tak mi dobrze było, nie byłam pijana... Chyba nie...

Wielkie zaskoczenie mnie spotkało wczoraj w knajpie. Wchodzimy z Esiem i nagle słyszę „cześć Ola”, przy stoliku widzę twarz jakby znajomą, ale nie umiem sobie przypomnieć skąd ja tą dziewczynę znam. Patrzyłam na nią przez chwilę kiedy ona zapytała czemu do przedszkola już nie przychodzę. Dopiero teraz rozpoznałam w niej K. z sąsiedniej grupy. A kiedy jeszcze inna dziewczyna, koleżanka bliźniaków, powiedziała, ze K. chodziła z nami do liceum tylko była rok niżej szczęka mi opadła. Jaki ten świat mały. K. powiedziała, że jej koleżanka jest ze mną na roku tylko w innej grupie. Co dziwne w piątek dowiedziałam się, że dziewczyna z którą najbardziej na studiach się skumplowałam jest siostrą chłopaka, który tez kończył moje liceum, ale ten z kolei był rok wyżej, a jego wychowawcą był nasz bardzo ekscentryczny (tylko nie wiem czy pozytywnie) informatyk. We trzy powspominałyśmy to i owo, Esio i O. patrzyli zdziwieni. Odkąd spotykam się z Eśkiem mam wrażenie, że spotykam tylko ludzi z „czwórki”. Ale Chłopaka mam rewelacyjnego i kochanego jak nie wiem, więc się nie przejmuję.

... W końcu mój foszek przeszedł w przekomarzanie się. A Esio??? Jak tylko zobaczył, ze całe ręce mam w pokrzywce zabrał piwo i zabronił pić więcej. Ale mu się nie udało, i tak mu podpijałam po łyczku. Tańczyć oboje mieliśmy ochotę, ale jak na złość muzyka skutecznie to uniemożliwiła – cóż Kolor, to Kolor. W domku byliśmy wcześnie jak na nas bo przed północą. No, ale zanim położyliśmy się spać i zasnęliśmy to trochę czasu minęło. Do koncertu dopisaliśmy trochę mocniejszych akordów, ale nadal pozostał bez ostatnich nut. I dobrze, niech ma przemyślany i pewny finał. Będzie można rozsmakować się w muzyce... w nastroju... w sobie...

A rano??? Obudziłam się jak zwykle w takich sytuacjach w cieple ramion, krzyczeć chciałam „chwilo trwaj!” albo „kocham cię”. Ale jak zwykle tylko leżałam i patrzyłam jak Mój Mężczyzna Ukochany śpi. I pomyślałam, że może to całe moje prowokowanie do sprzeczki wynika z tego, że nie umiem się otworzyć, że nie umiem powiedzieć co mi w sercu tak naprawdę gra. I postanowiłam, że we wtorek bez względu na wszystko posadzę Eśka na krześle, łóżku, czy fioletowym dmuchanym fotelu, który dostałam od Brata, a który Mąż tak lubi, usiądę obok niego i mu wszystko powiem. Nie będę wysyłać listu, nie będę wysyłać tym bardziej e-maila ani smsa. Po prostu mu to powiem. Wszystko. Bo on śpi pięknie tak, a ja uświadamiam sobie, że jestem zazdrosna. Rozczula mnie Esio... Kiedy pociągnę nosem pyta czy płaczę, cos się stało, czemu tak jest. A ja pociągam nosem, ale nie pozwalam płynąć łzom. Bo znowu coś się kończy, znowu Esio wraca do domu, zostaję sama. Znowu ktoś mnie zostawia. Dzisiaj, kiedy gdzieś między stylami baroku a klasycyzmu, moje myśli uleciały gdzieś daleko od wykładowej sali, poczułam coś jakby olśnienie. Może przed powiedzeniem TEGO WSZYSTKIEGO Esiowi powstrzymuje mnie irracjonalny strach, że on znowu wyjedzie, ze znowu go tak długo nie będzie. I że ja tego z całych sił nie chcę. Może to dlatego prowokuje sprzeczki, może dlatego nie umiem się otworzyć, bo się boję... Tylko że on potrafił, zrobił TO mimo, że zarzekał się, że „już nigdy więcej...”.

Muszę przestać się bać... Muszę wziąć się w garść...

... I tylko jedna rzecz mnie zastanawia. Może rację ma D., który brać to jako żarty i nie przejmować się za bardzo. Ale kiedy w piątek szliśmy do Żabki to Esio zapytał kiedy może się do mnie wprowadzić, odpowiedziałam, że w zasadzie to i tak przecież już prawie mieszka u mnie. To on patrzy i mówi, że chyba mnie w zakłopotanie wprawił i mam się nie martwić bo on się nie wprowadzi. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Ja to o niczym innym nie myślę, chciałabym go mieć blisko. Bardzo. Pomyślałam, ze może on się przestraszył tego że za bardzo się zaangażował, że zaczął mieć wątpliwości, że... Nie chcę myśleć...

... Siedziałam na kursie i niby słuchałam wykładu, ale myślami byłam przy Mamie i jej liście do mnie, który przywiózł mi Mój Brat. Płakać mi się chciało, jeśli Mama nie przyjedzie w przyszłym tygodniu to dopiero na święta się zobaczmy. Jak ja chciałabym się do niej przytulić i poczuć się jak mała dziewczynka. Przez chwilę chociaż zapomnieć, że mam 22 lata, że mieszkam sama i teoretycznie sama muszę sobie radzić. Tylko chwilę... Zadzwonili w piątek, powiedzieli, że mam się nie martwić i jakoś to będzie, że nie jestem sama. Rodzice... 600 kilometrów nas dzieli, to jak przepaść. Ja list mojej Mamy chcę tutaj przytoczyć, oczywiście we fragmentach.

„Kochana córeczko! Tak bardzo Cię kocham. Dziś kiedy w pracy otrzymałam od Ciebie sms-a, w którym prosiłaś o list bo bardzo za nami tęsknisz zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że jest Ci bardzo źle. Wcale się temu nie dziwię, od kilku lat zmagasz się z wieloma problemami sama. (...) Nie chcę żeby ten list był smutny, i żebyś Ty była smutna, chociaż to dobrze spaść na dno tego smutku i wypłakać go. Potem już tylko powraca energia i wiara, ze wszystko co dobre przede mną. Olusiu moja! Tak mi szybko urosłaś, a ja ciągle mam wyrzuty, że nie powiedziałam Ci wszystkiego co bym chciała, że nie wyprzytulałam Cię tyle, ile Ty byś chciała. Ale bardzo się starałam. Jakoś tak głupio jest na tym świecie, że czegoś bardzo chcesz a wychodzi zupełnie inaczej. (...) nazbierałaś już w swoim życiu wiele przykrych doświadczeń, wiele jeszcze przed Tobą, ale najważniejsze jest to żeby zawsze trochę sobie odpuścić. Tylko, że to też nie jest takie łatwe. Ty jesteś Rak, a Rakom potrzebne jest rodzinne ciepełko, są uczuciowe i łatwo je zranić i są mało odporne na trudy życia. (...) Ale pamiętaj, jak już nie dajesz rady to nie spinaj się, nie mów, że wszystko jest okej, muszę sobie dać radę. Nic nie musisz. Lepiej sobie powiedzieć: „w tej chwili nie daję rady. Nic nie muszę”. I odpocząć niż ciągle sobie powtarzać „jestem silna” – jak nie jesteś. Po prostu poddać się temu. Zastanawiam się po co ta cała pisanina? Chyba po to, żeby Cię jakoś ochronić przed tymi trudami. Tylko to chyba nie jest możliwe. (...) I pamiętaj, że Gula przychodzi kiedy nie uzewnętrzniamy emocji, gdy nie możemy powiedzieć tego, co byśmy chcieli, gdy jesteśmy rozżaleni, smutni. Ale my obie wiemy już jak radzić sobie z Gulami, prawda??? (...) I jeszcze jedno. Zanim zaśniesz wyobraź sobie: zamknij oczy, uspokój oddech. Wyobraź sobie, że stoisz w otwartym oknie, przez które wlatuje piękna mydlana bańka. Spróbuj dojrzeć jak ląduje na podłodze, robi się coraz większa i piękniejsza – aż stanie się potężniejsza niż Ty. Teraz wejdź do bańki. Czujesz się całkowicie bezpieczna. Skorzystaj z tej metody, gdy dokucza Ci chandra. Ola! W bańce jest super!!!”

Kocham Cię Mamo... !!! Wiem jak radzić sobie z Gulę, już wiem. I powiem, wszystko powiem żeby się jej pozbyć.

 

 

 

 

alexbluessy : :