Archiwum lipiec 2004, strona 5


lip 09 2004 Colours and sounds.
Komentarze: 0

I’ll paint my mood in shades of blue Paint my soul to be with you I’ll sketch your lips in shaded tones Draw your mouth to my own I’ll draw your arms around my waist Then all doubt I shall erase I’ll paint the rain that softly lands on your wind-blown hair I’ll trace a hand to wipe out your tears A look to calm your fears A silhouette of dark and light While we hold each other oh so tight I’ll paint a sun to warm your heart Swearing that we’ll never part That’s the colour of my love I’ll paint the truth Show how I feel Try to make you completely real I’ll use a brush so light and fine To draw you close and make you mine I’ll paint a sun to warm your heart Swearing that we’ll never part That’s the colour of my love(…)

Pada. Zasypiałam przy uspokajającym szumie deszczu, obudziły mnie te same dźwięki. Cudownie.

Puste ulice, mokre chodniki, trawniki, samochody. To bardziej przypomina październik albo listopad, a nie połowę lipca, ale mi się podoba. Włączam „Best Ballads” Celine Dion, zapalam świeczkę o zapachu kawy i przygotowuję w kuchni śniadanko. Dzisiaj jajecznica i grzanka. I kawa oczywiście. I znowu ta myśl. Mila, przyjemna, kochana, ciepła. Ale na razie nie do zrealizowania niestety. „Szkoda, że nie ma Esia. Jak dobrze byłoby razem słuchać deszczu i pić gorącą kawę...”. Uśmiecham się do tej myśli. Uśmiecham się tym bardziej, że o godzinie 7:43 (mojego czasu, w znielubionym mieście L. jest o godzinę wcześniej) zostałam wyrwana ze snu przez tak dobrze znaną „Deszczową piosenkę”. Esio... Wybaczyłam mu nawet pobudkę o tak dziwnej porze (?!) i ucałowałam zdjęcie. (Zwariowałam???!!!)

„(...)love doesn’t ask why(...)”.

Zatapiam się w cieple lampki, szumie deszczu I balladach Celine. Za chwilę dokończę pracę na konkurs. To znaczy mam ją już prawie napisaną, trzeba tylko małą korektę wprowadzić. Z domu dzisiaj nie wyjdę (przynajmniej na razie), a miałam iść zapłacić kilka rachunków. Pogoda nastraja mnie marzycielsko. A może Tetmajer, Baczyński, rumianek w kubku i Mozart w tle??? W zasadzie dlaczego nie.

................................................

A jednak wyszłam z domu. Powodowało mną wrodzone poczucie obowiązku, w tym przypadku były nim rachunki do zapłacenia. Ukryłam się pod olbrzymim swoim parasolem i wybrałam na spacer. Jakaś Radość we mnie śpiewała. Szczęście jakieś. Przeskakiwałam przez kałuże nucąc pod nosem „Deszczową piosenkę”  

(I’m singin’ in the rain just singin’ in the rain What a glorious feeling I’m happy again I’m laughing at clouds So dark, up above The sun’s in my heart And I/m ready fo love Let the stormy clouds chase Everyone from the place Come on with the rain Have a smile on your face I’ll walk down the lane With a happy refrain And singin’ Just singin’ in the rain I’m dancin’ and singin’ in the rain…)

i nawet pana Leona (osiedlowego konserwatora) spotkałam. Jak zwykle powitał mnie swoim „dzień dobry panience Oleńce. A Oleńka to musi być zakochana chyba, że taka szczęśliwa...” - „Oj tak, panie Leonie, oj tak.” Załatwiwszy wszystko, co miałam do załatwienia zrobiłam jeszcze zakupy. Kupiłam pyszny marchwiowo-jabłkowo-bananowy sok, czereśnie, pomidorki. I coś, do czego oczy mi się zaśmiały jak zobaczyłam to na półce. Kupiłam zupę wiśniową, z torebki co prawda, ale ostatecznie od czego jest wyobraźnia, right??? Pamiętam, zresztą tu nie ma co pamiętać bo tak jest nadal, zawsze w lecie u babci (mamy mojej mamy) nie mogło być wakacji bez zupy wiśniowej. Tyle, że ta była z prawdziwych wiśni zerwanych tego samego dnia z drzewa. Do tego ziemniaczki z prawdziwymi skwareczkami. Mniam mniam. (Zamiast ziemniaczków może być makaron, najlepiej własnoręcznie zrobiony, jak u mojej babci). Ja nie będę miała ani prawdziwych wiśni (nie chce mi się bawić w drylowanie), ziemniaczków też nie mam (zresztą nie jadam ich ostatnio), nie będę też bawiła się w gniecenie makaronu, ten kupiony jest tak samo skuteczny. Będę za to miała napakowaną chemią zupkę z torebki. Ale wiem, że będzie pyszna.  W tej Radości swojej dzisiejszej deszczowej napisałam smski do rodziców i do Esia. Napisałam, że tańczę i śpiewam i że szczęście mam w serduchu. A potem włączyłam Celine Dion i zasłuchałam się na nowo. Tylko szkoda, że już padać przestało. Fajnie się szło w deszczu, pod szerokim parasolem. Tylko szkoda, ze tyle szarości na ulicach. Przecież jak pada i jest ponuro tudzież szaro to powinno się jakoś rozjaśniać świat kolorami. Ale nie, ludzie tym bardziej przywdziewają szarości. Smutno... 

Chodzą ulicami ludzie Maj przechodzą, lipiec, grudzień Zagubieni wśród ulic bram Przemarznięte grzeją dłonie Dokądś pędzą, za czymś gonią I budują wciąż domki z kart A tam w mech odziany kamień, tam zaduma w wiatru graniu, tam powietrze ma inny smak, Porzuć kroków rytm na bruku Spróbuj, znajdziesz, jeśli szukać zechcesz, Nowy świat, własny świat Płyną ludzie miastem szarzy Pozbawieni złudzeń marzeń Wymijając wciąż główny nurt Kryją się w swych norach krecich I śnić nawet o karecie nie potrafią już (...) Żyją ludzie asfalt depczą Nikt nie krzyknie, każdy szepcze Drzwi zamknięte zaklepany krąg Tylko czasem kropla z oczu po policzku w dół się stoczy i to dziwne drżenie rąk..

Tak, zdecydowanie za smutni i za bardzo zabiegani jesteśmy. To taka moja refleksja dzisiejsza. W tej mojej wewnętrznej radości nie wiadomo skąd. Chociaż może wiem skąd ona się wzięła tak nagle, niespodziewanie... Hm, zdecydowanie wolałabym żeby deszcz rozpadał się na nowo, żeby niebo zaszło chmurami, żeby było tak jakoś... tak jakoś... fajnie (chwilowo żadne bardziej odpowiednie słowo nie przychodzi mi do głowy). Bo teraz to nie wiadomo jak jest. Jesienne lato, coś w tym rodzaju. I duszno potwornie, a jednocześnie słońca nie widać ani ani.

Dziwny niepokój i zacisk na gardle poczułam, znowu na myśl o jedzeniu zrobiło mi się niedobrze. Zaraz włączę sobie jakiś zabawny film, to minie. Nie, nie jakiś film tylko konkretnie „Co lidzie powiedzą” z Hiacyntą Bukiet w roli głównej. Ten serial jest czasem tak irytujący (to znaczy zachowania głównej bohaterki), że aż śmieszny. Ja go lubię, choć nie wiem czy „Fawlty Towers” Johna Cleese’a nie jest lepszy. Zresztą co tu ukrywać, oba lubię między innymi ze względu na brytyjski akcent, w którym jestem zakochana. Platonicznie niestety, bo wiem, że jestem za bardzo zamerykanizowana i wyspiarskiego akcentu nigdy nie posiądę. A jakby tak Esio go podłapał to jak wróci to niech mówi do mnie po angielsku angielsku, a ja się zasłucham... Eh, marzenia hihihi. Oj, Tęskniawa mnie straszna zaraz weźmie na samą myśl o Esiulku więc włączam czym prędzej film.

alexbluessy : :
lip 08 2004 Wyliczanka.
Komentarze: 0

Czy to Miłość, czy to Sen, czy to Chłopak właśnie ten? Czy to mego Serca drgnienie, czy to mego Szczęścia cienie? Czy to Miłość, czy to Sen, czy to Chłopak właśnie ten?

Gdzieś między mniej i bardziej ważnymi lub wartymi pamiętania zapiskami z Przeszłości znalazłam ten wierszyk. Hm, według mnie jego rytm przypomina trochę wyliczankę. Na cały regulator słucham Dżemu – „Chcę ci coś opowiedzieć”. I ja też, choćbym nie wiem jak bardzo chciała nie umiałabym powiedzieć Esiowi tego, co we mnie siedzi, i co jest DLA NIEGO. To jest, ja to czuję każdą swoją cząstką, coraz bardziej. Do bólu, do łez, do zaciskania pięści aż zostanie ślad paznokci wewnątrz dłoni.

KOCHAM. Co mogę więcej dodać. KOCHAM tak po prostu. A im dłużej Esia nie ma (chociaż już „tylko” parę tygodni zostało do jego powrotu) czuję TO mocniej.

KOCHAM...

Dzisiaj wstałam w cudownym nastroju. Włączyłam moje ulubione piosenki, zabrałam się za sprzątanie, coś tam zjadłam. Aha, jeszcze obejrzałam film. „Femme Fatale” Briana De Palmy. Nawet fajny, chociaż nieco senny I zakręcony. A potem... potem przejrzałam archiwum moich z Esiem rozmów na gg. Nie muszę mówić chyba, że powróciłam do tamtych dni. Wróciły tamte chwile, kiedy  Coś w nas zaczęło się budzić, ale żadne z nas nie umiało Tego nazwać. A może się baliśmy...??? Chyba jednak to drugie, na to przynajmniej wygląda. Krok do przodu, ale zaraz następny do tyłu. Lęk, obawy, wątpliwości, aż w końcu... W końcu To zwyciężyło. I jestem Szczęśliwa. Cholernie Szczęśliwa, a jak wróci Esiulek Mój Kochany (i tak dalej...) to będę JESZCZE BARDZIEJ SZCZĘŚLIWA!!!

KOCHAM...

Tak, na pewno to Miłość jest. Uderzyła we mnie jak kamień wystrzelony z procy. Zabawne, że potrzebowałam wyjazdu Esia żeby to zrozumieć. Hm, Kocham... Cudownie jest wiedzieć, ze odległość i tygodnie rozłąki nie zniszczyły, nie podburzyły, ale spowodowały, że jeszcze BARDZIEJ, że jeszcze MOCNIEJ. I nie tylko u mnie. I wczoraj późnym wieczorem włączyłam „Moje kołysanki”, specjalne piosenki do kołysania (spania przy okazji też). Płakałam. Ze Szczęścia. Że się Tamtego ponurego dnia odnaleźliśmy. Że zaryzykowaliśmy. Że jestem Szczęśliwa. Spoglądałam na wspólnych naszych kilka zdjęć i płakałam. Śmiałam się i płakałam. Ze Szczęścia.

KOCHAM... I niech już tak zostanie.

alexbluessy : :
lip 07 2004 Już wiem.
Komentarze: 0

Skończyłam oglądać „Ally McBeal”, ktoś się może śmiać, ale ja zrozumiałam. I już wiem. Już wiem dlaczego tak bardzo się boję. Boję się, bo pierwszy raz mam tak dużo do stracenia.

....................................

Dostałam wiadomość. „...ale za tobą tęsknię... strasznie...”.

Dwa razy pod obojczyk. Dwa razy w kierunku rozmówcy. To takie proste.

 

alexbluessy : :
lip 07 2004 Boli...
Komentarze: 0

Poranek był cudowny. O 7:30 obudził mnie Esio. Co prawda wolałabym żeby obudził mnie pocałunkiem albo jakimkolwiek innym gestem poświadczającym jego przy mnie obecność, ale niestety, jak na razie musiałam zadowolić się wyśpiewanym przez moją śliczną komórkę (już takich modeli nie produkują, ale ja ją uwielbiam) fragmentem „Deszczowej piosenki”. Dobre i to. No oczywiście nie mogę nie wspomnieć o tym, że obudził mnie też swoim ze zdjęcia uśmiechem. Jak ja za tym uśmiechem cudownym i pełnym ciepła tęsknię. Aż mnie coś rozrywa. Ci, którzy to czytają i trochę mnie znają pomyślą, że coś się ze mną stać musiało bo byczyłam się w łóżeczku do 10 prawie. Zaraz po sygnale od Esia odsłoniłam żaluzje, słońce mi pomachało zza okna a ja leżałam i uśmiechałam się nie wiadomo do czego i z czego. Jakieś poczucie we mnie pojawiło się, że wszystko będzie dobrze. Zrobiłam sobie pysznej kawy, do tego bułeczka z masełkiem i czekoladowe wafelki. Co sobie będę przyjemności od rana odmawiać, prawda??? Wróciłam do kolorowej i jeszcze ciepłej pościeli, usiadłam wygodnie. Poduszka pod plecy, kawa i bułeczka z wafelkami pod ręką i obowiązkowo książka. Wczoraj w końcu odwiedziłam bibliotekę i wypożyczyłam sobie coś lekkiego, ale jednocześnie na znośnym poziomie żeby poczytać coś innego niż słowniki, wyjaśnienia struktur gramatycznych i artykuły na temat anoreksji, klonowania czy eutanazji. Książki Marty Fox już kiedyś czytałam, a ponieważ lubię nieraz wrócić do lektur przed kilku lat z przyjemnością zatopiłam się w problemach głównej bohaterki, Magdy. („Magda.doc” i „Paulina.doc” – jakby ktoś chciał poczytać). Hm, i wiecie co??? Czytając zastanawiałam się jakby to było gdybym ja miała dziecko. Już wczoraj powiedziałam mojej Koleżance, że instynkty się we mnie chyba budzą. A mam wrażenie, że im Esia dłużej nie ma tym dotkliwiej one o sobie znać dają. Taki brzdąc malutki, kochany, tyci tyci... Aż człowiekowi gęba sama się śmieje na samą myśl. W wyobraźni widzę już urządzone jak trzeba mieszkanko, sypialnia, pokoik dla dzieciątka i tak zwany salon... Aż się rozmarzyłam. STOP. Wróć Ola do Rzeczywistości!!! Tak nie można przecież!!! Eh, pomarzyć zawsze można, prawda??? Słucham „Pozytywnych wibracji vol2”, które dostałam od Esia, słońce się do mnie uśmiecha zza okna, kawa rozbudza, książka czeka. Chyba jeszcze na chwilę, mimo, że prawie południe jest, wskoczę do łóżka. Chociaż pół godziny, cały rok wstawałam o 6, góra o 7, coś mi się w końcu należy, right??? Potem wstanę i z radością, dla czystego relaksu, posprzątam kuchnię i łazienkę. Umyję szafki, kafelki, zlewy, toalety. Będzie lśniło wszystko, tak, jak balkon. A potem, jak będzie jeszcze ciepło usiądę na balkonie z ciasteczkiem, herbatą i książką. A jutro zabiorę się za czyszczenie podłóg w całym mieszkaniu., to znaczy paneli i fug dokładnie. Ale będzie ładnie. Kurcze, szkoda, że nie jestem jeszcze na tyle samowystarczalna, żebym nie musiała już wynajmować mieszkania tylko sama w nim mieszkać. No, może nie tak do końca sama hihihi.

..........................................................

„(...)już zapomniałam jak to jest gdy przy mnie jesteś ty i tylko ciebie brak gdy z oczu płyną łzy. Na zdjęciu twoja twarz to wszystko, co dziś mam, wciąż przypomina mi najlepsze w życiu dni(...)”.

Trzymam się tych słów. Chociaż nie, to raczej one trzymają się mnie. Jest w nich sporo prawdy. Już prawie zapomniałam jak to jest, kiedy Esio jest blisko, brakuje mi go bardzo kiedy jest mi źle. Wtedy powinien być tuż obok i mnie sobą przykryć, prawie cała bym się zmieściła w jego ramionach. Ale jego nie ma!!! Qrwa mać od 3 miesięcy prawie go nie ma!!! I mimo, że obudziłam się w rewelacyjnym nastroju, mimo, że tak wysprzątałam kuchnię z łazienką, że lśnią to mam ochotę kląć. Na siebie, na niego, na wszystko dookoła. Im bardziej zagłębiam się w książkę, im bardziej staram się skupić na, prawdopodobnie powtórkach, jakiegoś polskiego serialu, tym bardziej do głowy przychodzi mi S. Patrzę na pokój i przypominam sobie moje ostatnie z nim godziny, patrzę na zasuszoną różę na mojej ścianie i widzę nieśmiałość w jego oczach, kiedy mi ją dał przed odjazdem, słucham muzyki i wracam do tego popołudnia, kiedy w domu było tak cicho i pusto, z głośników sączyła się delikatna muzyka, w kieliszkach czerwieniło się wino, i nie potrzeba było słów... I kiedy po wypucowaniu kuchni z łazienką położyłam się z książką i kubkiem pysznego, zimnego kefiru spojrzałam za okno i poczułam łzy. Bo wszystko wydało mi się snem. Nagle, w jednej chwili, poczułam, że jego nie było, nie ma i być może nie będzie. Poczułam, że już nie wystarczają mi sygnały wysyłane kilka razy dziennie, że one mnie irytują (w takim razie dlaczego po każdym dzwonku płaczę i przyciskam do siebie telefon???!!!), coraz bardziej mam ochotę wysłać smsa: „albo wracasz, albo koniec. Ja już dłużej tak nie mogę). Ale to nie jest rozwiązanie. Chyba nie jest. I cholera jasna ja CORAZ BARDZIEJ CHCĘ ŻEBY ON WRÓCIŁ. Coraz bardziej... W dodatku coraz bardziej czuję się jakaś niespokojna, jakby coś się miało wydarzyć. I nos mnie swędzi. Najchętniej znowu położyłabym się i zaczęła śnić kolorowy sen. Dobry sen, w który jestem ja, jest on i jest dobrze. Nie mogę, zwyczajnie nie mogłam, skupić się na takich czynnościach, jak szorowanie kafelków itp. Włączyłam Simple Minds na cały regulator. Tak więc słuchałam Simple Minds, szorowałam kafelki, ale tak naprawdę jedyne na co miałam ochotę to było spanie. A dzień się zaczął tak przyjemnie...

...............................................

A może ja wpadam w paranoje bo mam za dużo wolnego czasu??? Jeszcze nie dawno uczyłam się, pracowałam, myślałam o nadchodzących egzaminach, miałam czym zająć myśli jednym słowem. A teraz??? Siedzę w domu, sprzątam, czytam, oglądam zaległe filmy, ale przecież nie mogę tego robić cały czas. To może stąd biorą się moje wymysły??? Inna rzecz, że Czekanie i Tęsknienie za Esiem już mnie męczy. Już chcę żeby się skończyło. Najlepiej teraz, zaraz. Ale chyba sobie jeszcze poczekam... Cóż, dzisiaj wszystko mnie denerwuje. Denerwują mnie milczące telefony (nawet tata nie zadzwonił chociaż obiecał, no ale to pora obrony prac magisterskich, może ma dużo pracy), denerwuje mnie muzyka dolatująca zza ściany chociaż Ł. słucha jej dziś wyjątkowo cicho, denerwuje mnie kosiarka warcząca kilka pięter niżej (czy akurat dzisiaj musi być dzień dbania o osiedlowe trawniki???), w końcu denerwuje mnie to, że czuję głód a nie mogę jeść bo żołądek i gardło mam zaciśnięte (jak zawsze, kiedy się czymś denerwuję). Jakoś zmusiłam się do spaceru w kierunku kuchni, jedyne co wymyśliłam to wariacja makaronowo-pomidorowo-tuńczykowa (pomidory i tuńczyk z puszki) z jakimiś przyprawami. Dodatkowo chyba wydaje mi się, że mogę się upić sokiem marchwiowo-jabłkowo-malinowym bo piję już jego drugi litr. No i swędzi mnie nos po „dobrej” stronie, co mnie powinno raczej cieszyć niż martwić, ale jestem podejrzliwa. Bardzo podejrzliwa. Ponadto przeanalizowałam swoją wczorajszą rozmowę z szefową agencji i uprzytomniłam sobie co ta miła pani powiedziała, że od tej pory (umowa obowiązuje przez pół roku, ale potem mogę ją oczywiście przedłużyć) mam z nimi konsultować zmianę fryzury, koloru włosów i tak dalej. A co to ja jakaś profesjonalistka jestem czy co??? Ja mam 22 lata i żadne modelowanie nie chodzi mi po głowie. Jeden raz, why not, może być zabawnie, ale jakoś nie uśmiecha mi się zabawa w to na dłużej. Dobrze, że nie mówiła nic o jedzeniu, chociaż ja i tak ostatnio nic nie jem więc problem sam się rozwiązał. Bo nawet teraz nagotowałam sobie makaronu, przyrządziłam, sporo tego wyszło, ale to dobrze, będzie na jutro ewentualnie, ale nic nie mogę jeść. Dłubię widelcem w talerzu i czuję coraz większy zacisk na gardle, nie jestem w stanie nic przełknąć. Koszmar. Dobrze, że żołądek chociaż trochę mogę oszukać marchwiowym sokiem. I tylko marzy mi się usłyszeć dzwonek domofonu i... No, sami najlepiej wiecie co. Ale on milczy jak zaklęty, już nawet listonosz i roznosiciele ulotek nie dzwonią bo zrobili nam zewnętrzne skrzynki, żeby nikt oprócz mieszkańców do klatki nie wchodził. I już prawie 17. Zaraz obejrzę „Ally McBeal”, potem wrócę do książki, potem „Fakty”, prysznic i pod kołdrę. Z książką oczywiście. A jutro kolejny dzień. I tak dzień, za dniem. I tylko boli cisza... Tęsknota i Czekanie też.

 

alexbluessy : :
lip 06 2004 Modelka.
Komentarze: 2

Manuela Gretkowska pisała o Polce. Ja napiszę o modelce ze mną w roli głównej (koń by się uśmiał haha). To był dziwny dzień. W zasadzie rano nic nie wskazywało, ze będzie jakoś szczególnie różnił się od pozostałych. A jednak...Stałam właśnie na przystanku tramwajowym przy placu Kromera, kiedy wśród ulicznego szumu wychwyciłam dźwięki „Deszczowej piosenki” radośnie wygrywane przez moją komórkę. Zadzwoniła szefowa agencji, gdzie jakiś czas temu zgłosiłyśmy się z E. z chęcią pracowania w wakacje (a może i nie tylko) w charakterze hostess w supermarketach (być może też nie tylko). Szefowa firmy zaprosiła mnie na spotkanie, na którym miała mi przedstawić ofertę pracy. na 14 byłam na miejscu. I delikatnie mówiąc przeżyłam szok. Bo spodziewałam się usłyszeć, ze mam wybór między promowaniem pampersów, proszku do prania albo serków homogenizowanych. Już nawet zaczęłam myśleć po ile godzin mogłabym stać żeby się opłacało w miarę. Ale czekała na mnie niespodzianka. Zaproponowano mi sesję zdjęciową do katalogu letniej odzieży. Zdębiałam. Ja i modeling, to jakiś żart??? Ale zostałam zapewniona, że to nie żart i że w najbliższą sobotę mam przyjść do siedziby firmy z jakimiś swoimi ubraniami, żeby w miarę różne były i zrobią mi profesjonalne zdjęcia do portfolio, a w następny weekend sesja będzie trwała cały dzień, bo będą fryzjerki, makijażystki, garderobiane i tak dalej. No i zarobię też nie mało jak na moje potrzeby. Kiedy mi to wszystko powiedziała szefowa agencji to nie uwierzyłam, za różowe się wydawało. Ale potem... dowody wpłaty mam, umowę też podpisaną, firma działa od kilku dobrych lat. Wygląda okej.. Nie ma nic ten, kto nie ryzykuje. No i zgodziłam się, ale powiem Wam, że kiedy stamtąd wyszłam to kompletnie nie wiedziałam co mam robić. Śmiać się, płakać, dzwonić... ale do kogo??? Kurcze... Ale muszę Wam powiedzieć, że ogarnęły mnie też wątpliwości. Co będzie jak to jakiś przekręt??? Mało to nieuczciwych ludzi żeruje na naiwności innych??? Ciekawe co Esio by powiedział... Hm, no właśnie brakuje mi kogoś z kim mogłabym skonsultować decyzję. Rodzice odpadają bo mama zaraz zaczęłaby doszukiwać się jakiś kruczków i wpędziłaby mnie w jeszcze większe rozterki. Dla wszystkiego w sobotę idzie ze mną E. Bo ja mam cykora, sama się boję.

Esio... Znowu wpadam w paranoję. Znowu to wszystko co było wydaje mi się snem, jakby go nie było. Był nagle i było mi dobrze, nawet bardzo dobrze mi było. Potem wyjechał i ja musiałam zaakceptować ten fakt, znaleźć się w nowej sytuacji. Tęsknię cholernie, z każdym dniem bardziej, płaczę z bezsilności i kochania. Bo kocham... Wiem to i czuję. I to jest piękne, tylko że oprócz tego to ja się boję. Jak to będzie, co będzie jak on wróci. Czekam na Ten dzień, aż nogi mi się trzęsą na samą myśl, że już niedługo Ten autobus wjedzie na wrocławski Dworzec PKS. Chcę mieć Esia blisko, tak bardzo blisko, i żeby było tak Ciepło i Dobrze, ze już bardziej być nie może. Czekam, a jednocześnie Boję się. Wpędzam sama siebie w paranoję. Do głowy przychodzą takie głupie myśli, że aż śmieszne, można ubolewać z politowania. Ale im dłużej go nie ma, a paradoksalnie im bliżej do jego powrotu, tym bardziej potrzebuję zapewnienia, że będzie dobrze. Że będzie tak dobrze, jak było, albo nawet lepiej. Bo skoro wytrzymaliśmy oboje tak długo, jeśli ta odległość nie zniszczyła nas, to chyba będzie dobrze, prawda??? Patrzę na zdjęcia Esia, na to, które stoi na biurku i na to, które mam przy łóżku. Z obu uśmiecha się do mnie Esio... a ja mam wrażenie, że jego nie ma, ze go sobie wymyśliłam, ze to był tylko sen. Kiedyś ktoś mi powie: „to był sen...”. Ale ja nie chcę żeby to był sen!!! Z całego serca nie chcę!!! A jeśli dla niego to już Przeszłość...??? Bredzę, potwornie bredzę a przecież nie mam gorączki. Kocham... A jak się kogoś kocha to nawet wyobrażenie tej osoby z inną lub myśl, ze coś może być nie tak może złamać ci serce. Moje jest jeszcze całe na szczęście. Chociaż kto wie...

Wczoraj zadzwoniła do mnie moja mama. Streszczając naszą półgodzinną (międzymiastową, ale na szczęście na jej koszt) rozmowę powiedziała, ze mam się nie martwić bo będzie dobrze i wszystko się jakoś ułoży. Z miasta też nie będę musiała wyjeżdżać, a tak w ogóle to ona wcale by się nie zdziwiła gdybym w listopadzie pojawiła się w B-stoku z Esiem pod rękę i zakomunikowała: „mamo, tato wychodzę za mąż”. Według mamy jestem już wieku, ze w każdym monecie mogę rodzinę założyć i za mąż wyjść. Tylko w pojedynkę to będzie raczej ciężko. Choć nie powiem, kiedy razu pewnego z Eśkiem skończyliśmy oglądać „Nigdy w życiu” on rzucił pytanie: „a ty wyjdziesz za mnie?”. To miały być oświadczyny???!!! Innym razem stwierdził, że może przed jego wyjazdem powinniśmy się zaręczyć, a jeszcze kiedy indziej zapytał czy już chciałabym wychodzić za mąż. Na ile Esia znam to on kwestię związków damsko-męskich traktuje poważnie. Według mojej Koleżanki to dobrze świadczy i znaczy, że on traktuje mnie poważnie. W każdym razie wracając jeszcze do rozmowy z mamą popłakałam się w słuchawkę, powiedziałam, że mają nie myśleć, ze ja się tutaj nie martwię bo się martwię. Mama odpowiedziała, że wie, ale wszystko się ułoży bo musi.

Tylko Esia brak... Dwa razy pod obojczyk. Dwa razy w kierunku rozmówcy. To takie proste. Potrzebuję go, wiem, ze tak jest. Całą sobą to czuję, jak nigdy przedtem względem nikogo. Zakochałam się po uszy, tylko dlaczego to czekanie jest takie męczące???!!! Już nie mogę. Im dłużej czekam, im dłużej go nie ma tym bardziej mam wrażenie, że to nie prawda jest/była. A przecież odbieram od niego sygnały mówiące „u mnie wszystko w porządku”, słyszę jego głos w słuchawce. Wobec tego dlaczego to tak boli??? Dlaczego coraz mniej realne mi się to wszystko wydaje???

 

alexbluessy : :